Prawdziwy rock’n’roll wcale nie umarł!

A wręcz ma się bardzo dobrze. Wszystko to za sprawą zespołu The Stubs, który niektórzy mogli usłyszeć podczas Hyde Park Festival 2012. I Ci, którzy mieli okazję uczestniczenia w ich koncercie, z pewnością wiedzą, że The Stubs to nie rurki z kremem. Ich utwory mają surowy, czasami brudny charakter, ale są prawdziwe, szczere i niewymuszone. Tak samo jak zachowanie artystów na scenie. Z dystansem do siebie, świata i „show biznesu”. Nastawieni na tworzenie muzyki, czerpanie z tego przyjemności i granie jak największej ilości koncertów opowiadają o swojej płycie, inspiracjach, EMA 2012, narzekaniu i o tym, kogo nienawidzą, a także, co spodobało im się w Radomiu!

Wystąpiliście podczas Heineken Open’er Festival 2012. Jakie to uczucie zagrać na jednym z największych polskich festiwali?

Tomek: Spoko! (śmiech), Wiesz, to nie zależy od tego, czy to jest koncert w klubie czy na Heinekenie. Chodzi o to, czy przyjdzie dużo osób. Jak przyjdzie dużo, to jest fajnie, a jak mało…to trochę słabo.

Czy czuliście się w jakiś sposób wyróżnieni?

Tomek: Nie…
Łukasz: Nie, chyba nie.
Tomek: Raczej zaskoczeni, nie gramy długo, więc to była pewnego rodzaju niespodzianka, że nas tam zaproszono.
Radek: Przed samym festiwalem nie wiedzieliśmy też, czego się spodziewać po tej imprezie.
Tomek: Jednak trzeba wspomnieć, że byliśmy tam traktowani bardzo dobrze i nie ma co marudzić.
Łukasz: No i publiczności podobała się nasza muzyka!

Dobrze wspominacie ten występ?

Tomek: Tak, jak najbardziej. Było dużo ludzi, bawili się zajebiście, zerwali podłogę… Była też taka historia, że zadzwonili do nas, mówiąc, że jesteśmy za głośno i kazali przyciszyć.
Łukasz: Pendereckiego żeśmy zagłuszali (śmiech). Ale my nie daliśmy się ściszyć, więc nic z tego nie wyszło…

Napisano o Was: „Pomyśl o Motorhead skrzyżowanym The Hives, a otrzymasz The Stubs”. To prawda? Połączenie tych dwóch zespołów tak trafnie Was opisuje?

Tomek: Sami to pisaliśmy (śmiech). Chwila, ale czy na pewno my sami? Wysokie prawdopodobieństwo…
Radek: Czasami sprzeczne informacje się pojawiają.
Tomek: Tak, bo jesteśmy mistrzami dezinformacji. Jeden gada jedno, drugi drugie i nawet nie wiemy, kiedy mamy koncerty. Różne rzeczy się dzieją.
Łukasz
: Po prostu lubimy te zespoły.

Wasza płyta została nagrana w jeden dzień, co nadało jej dosyć surowy charakter. Tak miało być właśnie?

Tomek: Nie, po prostu nie umiemy grać (śmiech).
Łukasz: Nie, chcieliśmy zwyczajnie nagrać 100. Wejść do studia, ustawić instrumenty jak na próbie czy koncercie i tyle. No i przykro stwierdzić, że nie byliśmy do tego dostatecznie przygotowani. I ta muzyka sobie pływa. Ale moim zdaniem oddaje naszą energię!
Tomek: Prawda jest też taka, że nie pamiętasz, że to miało być specjalnie (śmiech). A tak serio – po trosze tak miało być, ale chyba nie do tego stopnia…
Łukasz: Miało być surowo, brudno… I autentycznie przede wszystkim. No, i autentyzm został zachowany (śmiech).
Tomek: W 100 procentach!
Radek: A to, czy jesteśmy z tego zadowoleni, to jakby osobna historia…
Tomek: Radek jest z tego bardzo zadowolony, ja już mniej…

Dlaczego?

Tomek: No nie wiem, chyba żeśmy się porwali za bardzo na tą 100.
Łukasz: Ja lubię nagrywać na 100. Mi się to podoba. I to fajne, że zespół potrafi to dźwignąć. Ale chyba nie byliśmy gotowi. Tym bardziej, że tam są nagrane dwie piosenki czy jedna, które powstały na tydzień przed nagraniem, więc na dobra sprawę nie mogliśmy ich dopracować.
Tomek: Ale też nie ma co marudzić. Nagraliśmy i to pewien znak naszego czasu, naszego dorobku.
Łukasz: Odzwierciedla to, jak graliśmy w tamtym momencie. Płyta była nagrywana w lipcu, a zespół istniał od grudnia, także taka prawda.
Tomek: Prawda to jest taka, że Jezusa zabili naziści.

Jesteście kolejnym zespołem, którego utwory są w języku angielskim. Dlaczego nie po polsku?

Tomek: Ponieważ język polski w moim mniemaniu jest po prostu słaby do śpiewania. Musi być ktoś naprawdę genialnym wokalistą i tekściarzem, by wszystko trzymało się kupy.
Łukasz: Moim zdaniem do prostej muzyki niezbyt pasuje i jest zbyt skomplikowany.

Osobiście przypadł mi do gustu Wasz utwór „Black Sheep”, ze względu na tekst mówiący o tym, że człowiek zły na co dzień, podczas niedzielnej mszy w kościele udaje dobrego i idealnego. Skąd pomysł na ten utwór?

Tomek: To takie punktowanie polskiego mentalu.
Łukasz: I wszechobecnej hipokryzji. My jesteśmy trochę zbuntowani.
Tomek: Szczególnie Łukasz. Wyobraź sobie, że masz 35 lat i wyglądasz jak on (śmiech).
Łukasz: My jesteśmy punkowym zespołem, więc musimy śpiewać o takich rzeczach, musimy być zbuntowani. Bo nas nie będą nigdzie zapraszać.
Tomek: I Radek dostanie lufę z punk rocka. I będzie kaplica. Zostanie nam Open’er raz do roku.

Kolejny ciekawy utwór to „Kill Yourself’”, w którym mowa o wiecznym użalaniu się nad sobą. Wy tak nie robicie? Ciągle do przodu z uśmiechem na twarzy?

Tomek: Nigdy (śmiech). Chyba każdy czasami użala się nad sobą. Teraz mamy jesień – dobry moment na to.
Łukasz: Każdy ma gorsze dni, ale ważne, by się temu nie poddawać.
Tomek: By przekuwać to w pozytywy.
Łukasz: To jest trochę śmieszne. Ja zawsze wychodzę z założenia, że na dobra sprawę nie mamy prawa użalać się nad sobą, bo nigdy nie było tak dobrze. Zdecydowanie mój dziadek miał gorzej. Do niego strzelali Niemcy. Do mnie nikt nie strzela. Robię sobie, co chcę. Gram muzykę, jaką chcę. Wyglądam, jak chcę. Mówię i myślę, co chcę.
Tomek: Masz, gdzie mieszkać. Masz, co jeść. I do tego masz jeszcze telefon! Super, nie? Jeździmy też na koncerty.
Łukasz: Nie głoduję. Nie pracuję za trzy dolary miesięcznie w chińskiej fabryce butów. Nie ma się do czego przyczepić.
Tomek: No i bywają gorsze miejsca niż chińska fabryka butów. Ludzie umierają na AIDS. Nawet mieszkając w Polsce i mając najgorszą pracę na świecie, to nie za bardzo wypada marudzić.

Czyli chcecie nieść swoimi utworami jakby pozytywne przesłanie?

Tomek: Wiesz, my mamy kupę utworów o piciu wódy przez serwetkę. Jesteśmy raczej zespołem, który pieprzy o bzdurach, ale momentami zdarzają się nam refleksje. I myślę, że jest w nas i w naszej muzyce dużo pozytywnych akcentów.
Łukasz
: Ale jak zapowiadasz każdy koncert, to mówisz, że nienawidzimy wszystkiego. I to jest mało pozytywne (śmiech).
Tomek
: E tam, z dwa razy tak powiedziałem…
Łukasz
: Tak, wiem, że to żart.
Tomek
: Tylko trochę nie lubimy (śmiech).

Jakie macie plany na najbliższy czas?

Tomek: Chcemy grać koncerty i w moim mniemaniu jest to najważniejsze. Myślę, że chłopaki też tak uważają, bo nie raz rozmawialiśmy o tym, że zespół zakłada się po to, by z nim występować.

Nie dla kasy?

Łukasz: Nie, ale jak się pojawi, to nie protestujemy.
Tomek
: Najfajniej jest, jak przychodzi dużo osób na koncert, o czym już mówiłem. I żeby nie stali, i nie patrzyli się na nas, dłubiąc palcem w nosie. A im więcej osób przyjdzie, tym więcej kasy do nas wpływa. Chociaż nie jest to też naszym priorytetem, bo wszyscy poza zespołem mamy pracę i zespół jest w zasadzie naszym bardziej rozbudowanym hobby.
Łukasz
: Bardzo poważnym hobby. Ale chodzi także o to, by ludziom się podobało.
Tomek: Jednak nie jest tak, że będziemy grać pod publikę, jeśli komuś nasza muzyka się nie spodoba.
Łukasz: Takich rzeczy słuchamy na co dzień, to nas kręci w muzyce. To jest jakby przedłużenie – zaczyna się czegoś słuchać, a potem chce się samemu grać i tworzyć. Tak przecież było z tobą. Poszedłeś na koncert Motorhead i zapragnąłeś kupić sobie gitarę!
Tomek: Fakt, tak było.

A wiele razy zdarzyło Wam się, że macie grać koncert, a ludzie, którzy przyszli nawet Was nie znają, nie wiedzą, kim jesteście, co gracie…?

Tomek: Dziś tak jest (śmiech).
Łukasz
: Żeby było jasne: jesteśmy młodym zespołem i nie jest to dla nas nic szokującego. Ale zdarzają się przyjemne sytuacje. Np. wczoraj graliśmy w Lublinie, w miejscu znanym ze stricte punkowych imprez i otrzymaliśmy od organizatora informację, że 1/3 sali to osoby, których nikt nigdy tam nie widział. Czyli przyszli, bo my tam graliśmy, nieskromnie mówiąc. I to właśnie jest fajne!

Ostatnio zostaliście nominowani do EMA 2012. Jak oceniacie swoje szanse na wygraną?

Tomek: Na pewno my nie wygramy.
Łukasz: Brodka może wygrać.
Tomek: Tak, Brodka, bo jest bardzo reprezentatywna.
Łukasz: I nie jest utaplana w polskim show biznesie.
Tomek
: Wydaje mi się, że ona jest artystką, którą pokazuje się za granicą i nie ma lipy. Nawet jak śpiewa po polsku!
Radek
: Czego nie można powiedzieć o reszcie stawki, z wyjątkiem nas.

Czy jest coś, co byście zmienili w swojej dotychczasowej karierze?

Tomek: Karierze (śmiech).
Radek: My w ogóle nie operujemy taką terminologią jak kariera.
Tomek
: Po prostu wynajmujemy Kapitana Hardkora i jedziemy na koncert do Lublina lub Radomia.
Radek
: To jest właśnie podstawą – nie uważamy się za artystów. Nie celujemy w Pudelki i inne tabloidy.
Łukasz
: Chodzi o to, by wszystko było autentyczne. Mamy potrzebę grania, to gramy. Umawiamy się na próby, bo się lubimy i jesteśmy przyjaciółmi.
Tomek
: Jak coś, to ja wolę Radka od Ciebie.
Łukasz
: No wiem, to oczywiste. Radek jest przystojniejszy i młodszy.
Radek
: To było bardzo kontrowersyjne, co powiedziałeś.
Tomek
: Ale co?
Radek: Że jestem przystojniejszy.
Łukasz
: Nie kokietuj! (śmiech) Chodzi o to, że się lubimy i jest to forma wspólnego spędzania czasu. I to jest fajne! Nie przeliczamy tego, nie kalkulujemy i nie myślimy sobie, że skoro w tym roku Heineken, to w następnym Primavera! Nie o to w tym chodzi.
Radek
: A na próby nie chodzimy do pracy tylko dla przyjemności.

A trudno Wam pogodzić pracę z graniem w zespole?

Tomek: A weź przestań, jak ma się dziecko , to wszystko jest trudne (śmiech). Ja ledwo wiążę sznurowadła, nawet myślałem o zakupie butów na rzepy. A tak serio – nie jeździmy w trzymiesięczne trasy, więc nie musimy brać bezpłatnych urlopów. Dopóki gramy koncerty w weekendy, to da się to jakoś pogodzić.

A jak podoba Wam się w Radomiu?

Tomek: Jest super! Zwiedziliśmy miasto. Bardzo podoba nam się starówka…macie starówkę? (śmiech)

Mamy na deptak na ulicy Żeromskiego.

Tomek: W takim razie deptak jest najpiękniejszym miejscem w Radomiu, bo…bo jest szeroki! Nie, nie, jak do tej pory najbardziej podobała nam się pizzeria i to miejsce, w którym teraz siedzimy (chodzi o Archiwum Club – przyp. red.), bo nie mieliśmy jeszcze okazji, by za wiele zobaczyć. Ale z kolei bardzo nam się nie podobał pokój bez mebli. Chcieliśmy w rock’n’rollowym stylu zrobić tam rozpierduchę, ale nie dało się, bo niczego w nim nie było (śmiech).

A macie na swoim koncie jakieś rock’n’rollowe wybryki?

Tomek: Nie, jeszcze nie, ale chcemy coś takiego zrobić. Tylko boimy się, że Łukaszowi wypadnie dysk za pierwszym podejściem.
Łukasz
: W życiu mi nie wypadł.
Tomek: No to najwyższa pora! Ale mi kiedyś wypadł…
Łukasz: A widzisz! Metrykalne lata nie mają znaczenia, Tomeczku.
Tomek
: Dokładnie, po prostu jestem już starym fajfusem. Już po mnie.

Wywiad przeprowadziła: Darja.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj