Krzysztof Zalewski. Rocznik 84. Wokalista, kompozytor, autor tekstów, multiinstrumentalista, zwycięzca II edycji „Idola”.

Jego płyta „Zelig”, która została wydana w 2013 roku, podbiła serca krytyków, jak i słuchaczy. Warto było czekać na nią dziewięć lat! I miejmy nadzieję, że to dopiero doskonała zapowiedź tego, co szykuje jeszcze dla nas Krzysztof.

W wywiadzie, którego udzielił mi po koncercie w Czytelni Kawy, mówi o swoich doświadczeniach koncertowych, o sposobach, dzięki którym można uniknąć przeciętności i o innych, równie ciekawych kwestiach…

Daria Prygiel: Zacznijmy od tego, jakie masz wrażenie po koncercie? Jesteś zadowolony z występu?
Krzysztof Zalewski: Tak, tu, w Czytelni Kawy jest zawsze przemiła atmosfera. Jest to chyba jedyny klub, jaki znam, gdzie nie ma w ogóle sceny, nie ma żadnego podziału między wykonawcami a publicznością, co zupełnie nie przeszkadza. To wytwarza taką intymną i kameralną atmosferę. Miałem okazję grać tu dwa razy z Muchami, a dzisiaj z moim zespołem i jest to bardzo, bardzo dobre miejsce.

Który koncert z trasy promującej „Zelig” utkwił Ci w pamięci najbardziej?
W listopadzie graliśmy w Stodole i to był koncert, który rzeczywiście utkwił mi w pamięci. A poza tym… Mój solowy koncert w Szczecinie podczas Festiwalu Akustyczne w klubie 13 Muz wspominam bardzo miło. A z kolei w Tychach w Kloster Pubie przez cały koncert 8 – letnia dziewczynka stała w pierwszym rzędzie, śpiewała wszystkie teksty, więc przy ostatnim numerze wzięliśmy ją na scenę. Jak sięgam pamięcią wstecz, to każdy koncert jest wyjątkowy, wiadomo, są lepsze i gorsze, ale my czerpiemy ogromną radość z grania, więc każdy koncert jest dla nas świętem.

Bardzo dużo koncertujesz. Czy przychodzą Ci do głowy jakieś szczególne anegdoty z trasy? Zabawne sytuacje, itp.
Wiesz, jestem w trasie od 10 lat z różnymi zespołami. Z Heyem, z Kasią Nosowską solo, z Muchami, z Brodką, z Japoto, jeździłem z  Pogodno i jako Krzysztof Zalewski, tudzież Zalef też, więc anegdoty są rozmaite. Ostatnimi czasy staram prowadzić się zdrowszy tryb życia, nauczyłem się gotować kaszę, coraz mniej jem mięsa. Najlepsza anegdota jest taka, że wchodzisz na scenę i „mordujesz „wszystkich, że mamy świadomość, że stało się coś wyjątkowego.  Ale też kiedyś np. będąc w Londynie z Heyem, pech chciał, że Bob, perkusista, był ze mną w pokoju, a ja poszedłem w tango ze świeżo poznanymi Londyńczykami, no długo by opowiadać, ale koniec końców, wróciłem o 5 nad ranem, stwierdziłem, że wezmę jeszcze kąpiel, obudziło mnie walenie do drzwi, spodnie do mnie podpłynęły, zalałem pół pionu. Grzeczni Londyńczycy przenieśli nas tylko do innego pokoju, nawet nie musiałem płacić. Jednak teraz wiele się zmieniło i najważniejsze jest to, co dzieje się na scenie.

W komentarzach pod Twoimi utworami często widziałam porównania do Cornella, Niemena, Buckleya… Czy one Cię cieszą?
No raczej! Jakby porównywali mnie do JJ z Big Cyca albo do Rafała Brzozowskiego, to mógłbym się trochę gotować. Ale jeśli porównują mnie do moich idoli, to znaczy, że mojej muzyki słuchają ci, którzy słuchali Buckleya, Niemena i Cornella, na których ja też się wychowałem.

Z pewnością w utworze „Jaśniej” spora część osób zapamiętała fragment o przeciętności . Jakie są Twoje sposoby, by tej przeciętności uniknąć?
O kurczę… Chyba należy po prostu strzec w sobie odrobiny nastoletniej niezgody na kompromis, to po pierwsze. Po drugi – być konsekwentnym i wierzyć w siebie. I wtedy wydaje mi się, że można maksymalnie w miarę możliwości wyzyskać talenty, jakimi obdarzyła nas Bozia. Ale przede wszystkim – niezgoda na kompromis, taka paląca potrzeba, żeby się odróżniać. Trzeba zachować w sobie odrobinę takiego chudego, zadziornego 15latka.

Pozostając przy utworze „Jaśniej”. On ma taki charakter moralizatorski. Chcesz poruszać więcej tego typu tematów?
To nie jest tak, że ja coś chcę… Z 10 lat temu gadałem z Anią Dąbrowską, była już uznanym twórcą, a ja szukałem swojego języka. I to ona mi powiedziała: „Nie siłuj się, żeby zrobić taką a nie inną piosenkę. Usiądź i zobacz, co z Ciebie wypłynie”. To dotyczy właśnie warstwy tekstowej. To nie do końca chodzi o to, czy tego chcę, czy nie chcę. Wielokrotnie próbowałem pisać jakieś manifesty, ale zawsze wychodziła z tego nadęta grafomania.  A w „jaśniej” udało mi się:)

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że druga płyta, zważywszy na to, że traktujesz „Zelig” jako debiut, ukaże się jesienią 2014 roku. Zatem – gdzie ona jest?
Nie chcę tutaj szafować datami, ale na pewno mogę obiecać, że wiosną usłyszycie nowy singiel, a płyta wyjdzie na jesień.

Czy pojawią się nowe teledyski do jakiegoś utworu z „Zeliga”? Wiem, że było w planach nagranie klipu do „Zbóż”.
Bardzo chciałbym, aby powstał teledysk do „Zbóż”. Nakręciliśmy trzy, ale żaden z nich nie był wystarczająco zapierający dech w piersiach… A ja mam bardzo emocjonalny stosunek do piosenki „Zboża”. Jeden klip kręciłem z Michałem Braummem, który zrobił świetny teledysk Arturowi Rojkowi do kawałka „Beksa”, ale nie wydałem go, bo aktorsko, a ja tam grałem różne role, zwyczajnie nie udźwignąłem tego. Może kiedyś jeszcze powstanie, jeśli ktoś sam z siebie chciałby zrobić teledysk do „Zbóż”, to niech kontaktuje się przez fanpage na Facebooku.

Twoja płyta w całości jest dostępna w Internecie. Nie obawiasz się tego, że to wpłynie na wynik jej sprzedaży? Wielu artystów oburza się, gdy ich utwory pobierane są z Internetu…
Nie no, błagam Cię (śmiech). Trzeba się cieszyć z tego, że Internet powoduje to, że moich, naszych piosenek może słuchać więcej osób niż 10, 15 lat temu. Gdy pojawiły się kaseciaki, cała branża się oburzała, że to koniec tradycyjnej sprzedaży, a wszyscy mają się dobrze. Teraz jest era Deezera, Spotify’a.

Przez wiele lat występowałeś na drugim planie, a teraz jesteś liderem. Miałeś jakieś trudności z tym, aby przestawić się na tryb frontmana?
Trochę to pewnie trwało, przez ten rok zagraliśmy z 50 koncertów, więc to przychodzi coraz łatwiej.  Od jakiegoś czasu gramy w trio, więc mam tyle do roboty na scenie, że nie ma czasu, by zastanawiać się nad tremą i czy dobrze spełniam rolę lidera. Najważniejsze, aby się dobrze bawić grając.

Zetknąłeś się z wieloma gatunkami muzycznymi. A czy jest jeszcze taki, w których chciałbyś spróbować swoich sił?
Wiesz, ja cały czas gram rock’n’rolla, hm… Pewnie kiedyś bym chciał zainteresować się hinduską muzyką i ćwierćtonami. Może trzeba mi sięgnąć głębiej, do afrykańskiej muzyki.  Zobaczymy. Pomysłu na to, aby nagle zacząć śpiewać operowo, to nie ma, ale jest parę piosenek w szufladzie z ostatnich 10 lat, które nie zmieściły się na „Zeliga”, które nieco odstają stylistycznie i kiedyś jeśli się uda, to chciałbym stworzyć coś z kameralną orkiestrą, dużo perkusjonaliów, wibrafony, marimby, szuszacze…

Jesteś w tym biznesie od ponad 10 lat. Jakie dostrzegasz zmiany na polskim rynku muzycznym?
Na pewno ludzie lepiej śpiewają, może to jest zasługa tych programów telewizyjnych, a może Internetu, że jest dostęp do muzyki światowej. Po prostu – lepiej grają i śpiewają, taką widzę różnicę.

Będąc przy temacie talent show, nie uważasz, że ich jest za dużo? Praktycznie każda stacja posiada własny program tego typu.
Nie mam telewizora od jakichś 7 lat, więc nie widziałem żadnego z nich, jedynie fragmenty. Ale czy za dużo, czy za mało? Kompletnie nie jest to w rejonie moich zainteresowań.

Jakie są Twoje plany 2015 rok?
Wydać nową płytę i grać nieustannie.

Zatem powodzenia i dziękuję za wywiad!
Również dziękuję!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj